Prawo cadalańskiego targu cz. 2

– Wynoś się stąd – powiedział Labhrás, gdy tylko wszedł do swojej kwatery. Panujący w niej przepych pasował bardziej do siedziby człowieka z wyższej klasy społecznej, do której w istocie miał wkrótce należeć. Wzorzysty dywan sprowadzony został zza morza, na ścianach wisiały liczne dzieła sztuki, a ilość przedmiotów wykonanych ze szczerego złota mogła przyprawić o zawrót głowy. To wszystko nagromadziło się z biegiem czasu dzięki, rzecz jasna, ilości wygranych walk. Skarby napływały zewsząd – zarówno od władz Cadalanii jak i zamożnych mieszkańców, którzy w ten sposób chcieli podziękować za przednią rozrywkę.

            Kobieta założyła opaskę na piersi i bez słowa sprzeciwu spełniła żądanie. Labhrás wielokrotnie prosił, aby nikt nie przyprowadzał do jego kwatery kobiet lekkich obyczajów, a zwłaszcza tej konkretnej. Nie współżył od dziesięciu lat i nie miał zamiaru tego zmieniać.  Chciał pozostać wierny Aili, choć ta już dawno została zepchnięta z padołu łez, jakim w rzeczywistości była Cadalania. Labhrás bardzo kochał swoją żonę, dlatego też, gdy zaczął odnosić sukcesy na arenie, co niektórzy postanowili wynagrodzić mu tę bolesną stratę, upodabniając dziwkę do kobiety jego życia. Makijaż, odpowiednia fryzura i niewielka blizna nad lewą brwią. Ktoś, kto ją zrobił, bez wątpienia miał w sobie coś z okrutnego artysty. Starania te miały jednak zupełnie odmienny efekt; zamiast skorzystania z usług dziewczyny, Labhrás wpadał w szał, który dopiero z biegiem lat nauczył się kontrolować.

            Aila została zabita na krótko po tym, jak strażnik trafił do niewoli. Podobny los spotkał jego małego synka, choć w tej kwestii przez całą dekadę próbowano wmówić mu, iż malec zachorował na odrę, z której wynikły dodatkowe komplikacje, ostatecznie doprowadzając do przedwczesnej śmierci. Labhrás był jednak człowiekiem odpowiednio przeszkolonym i doświadczonym, przez co nie sprawiało mu trudu rozpoznawanie kłamstw, zanim padało pierwsze słowo. Doskonale wiedział, że po tym jak strażnicy okrutnie zgwałcili i zamordowali jego żonę, zabicie dziecka było warunkiem koniecznym. Chłopiec miał wtedy cztery lata, więc był już świadomy tego, co się wydarzyło i mógł próbować znaleźć kogoś, kto zareagowałby na jego słowa. A nawet gdyby nie obawiano się tego, dziecko przestępcy, pomimo swej czystości i niewinności, uważane było za przeklęty pomiot, który kiedyś pójdzie w ślady ukaranego rodzica. Taki środek zapobiegawczy nie był w Cadalanii żadną tajemnicą, więc Labhrás tym bardziej nie rozumiał, dlaczego nikt nie powiedział mu prawdy, jak miało to miejsce w przypadku Aili.

            Pamiętał ten dzień, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. W tamtym okresie Labhrás miał do swojej dyspozycji jedynie maleńką celę pozbawioną jakichkolwiek wygód. Nie cierpiał małych pomieszczeń, lecz wiedział, że póki co, nie może liczyć na nic lepszego. Miał za sobą dopiero pierwszą walkę, za co mógł dostąpić luksusu posiadania wyłożonego sianem leża, które dawało nieco więcej komfortu niż spanie na twardej i zimnej podłodze. W jego celi pojawił się dowódca straży. Sam jego widok sprawił, że Labhrás miał ochotę rzucić się na niego, mimo że nie miał przy sobie żadnej broni. Ów człowiek był dla Labhrása wrogiem numer jeden i przez te wszystkie lata przy życiu trzymało go tylko postanowienie dokonania zemsty. Właśnie tego dnia dowódca przekazał mu informację o śmierci żony, wraz z dokładnym opisem tego, co zaszło. Gladiatorzy, nawet ci znani i bogaci, nadal pozostawali więźniami, przez co bez wstawiennictwa samego monarchy nie przysługiwały im żadne prawa do korzystania z wymiaru sprawiedliwości. Dowódca wiedział zatem, że może opowiedzieć Labhrásowi wszystko z najdrobniejszymi szczegółami nie ponosząc z tego powodu żadnych konsekwencji.

            Pogodzenie się z okrutną śmiercią Aili, było niezwykle trudne i tak naprawdę Labhrás nigdy nie potrafił o niej myśleć, jak o kimś, kogo już nigdy nie spotka. Tak samo było w przypadku syna, który nigdy nie wyrośnie na przystojnego młodzieńca, a później silnego mężczyznę.

            Sięgnął po dzban wina. W przeciwieństwie do niewolnic, było ono luksusem, z którego gladiator chętnie korzystał. Dzięki cudownemu napojowi, mógł na chwilę zapomnieć o demonach, które prześladowały go od dekady i miały pozostać z nim już do końca życia, niezależnie od tego czy miał przed sobą miesiąc, czy długie dziesięciolecia.

            Pierwszy kielich opróżnił jednym haustem. To pomogło nieco uspokoić myśli i rozkołatane serce, a także przytłumić ból ramienia. Padł na łoże i na moment zamknął oczy. Wszelkie prawa logiki zakładają, że zwycięska walka powinna dawać gladiatorowi ogromną radość i ulgę. Było to bowiem jednoznaczne z dłuższym życiem, większym bogactwem oraz kolejnym małym krokiem na drodze ku wolności. Labhrás jednak nie widział sensu w życiu wolnego człowieka. Miał już czterdzieści lat, co wykluczało możliwość założenia rodziny na nowo, a nawet gdyby owa sposobność kiedyś się pojawiła, to i tak nie skorzystałby z niej. Nadal kochał Ailę i swego syna, i tylko chęć pomszczenia brutalnie wyrwanej części serca nadawała jego życiu jakikolwiek sens.

            Wiele razy zastanawiał się nad śmiercią. W przypadku gladiatorów akt samobójstwa był czymś niezwykle łatwym. Wystarczyło poczekać do kolejnej walki, w trakcie której zaraz po drugim wystrzale z prochowca wojownik-samobójca odrzucał broń i padał na kolana pozwalając, aby przeciwnik najzwyczajniej ściął mu głowę. Miało to swoje zalety, ponieważ taka śmierć była szybka i stosunkowo bezbolesna, lecz z drugiej strony skazywało to nawet znakomitego wojownika na ogólne potępienie i odbierało godny pochówek. Ciało samobójcy wyrzucano za mury miasta, gdzie żerowały na nim larwy i dzikie zwierzęta, a gołe kości z biegiem czasu obracały się w pył, niszczone przez deszcze i żar słońca. Ponadto wedle wiary, której Labhrás gorąco przestrzegał, Ottar nie patrzył łaskawie na dusze ludzi, którzy odebrali sobie życie, i wysyłał je na pastwę okrutnego Gorloisa; bóg ten znany był z okrucieństwa i zamiłowania do zadawania wymyślnych kar, przy których niedogodności życia ziemskiego wydawały się nic nieznaczącą drobnostką.

            Kolejny łyk wina wywołał w głowie przyjemny szum, który z każdym kolejnym kielichem miał narastać, aż do momentu, kiedy Labhrás pozbawi się przytomności. Szybkie upicie się było najłatwiejszym sposobem na przytłumienie wspomnień dnia, w którym wszystko się zmieniło. Dnia, kiedy Labhrás z powszechnie lubianego i szanowanego strażnika stał się wykolejeńcem i bandytą, choć nigdy w życiu nie dopuścił się czynu, który skazał go na tak okrutny los.

            W pewnym momencie poczuł czyjąś obecność. Jeszcze nie był na tyle pijany, aby mieć problemy z postrzeganiem rzeczywistości, lecz jego stan nie obligował do rozmowy z kimkolwiek. Po walkach Labhrás cenił sobie samotność i wino – jedynych przyjaciół, jacy przez dekadę nigdy go nie opuścili.

            Głos, który usłyszał, sprawił, że alkohol nagle wyparował z jego głowy. Starczy, zachrypnięty ton swoim brzmieniem przywodził na myśl coś pozornie gładkiego, lecz w rzeczywistości chropowatego i raniącego; był surowy niczym północne zimy i toksyczny jak doły smolne znajdujące się w sercu Cadalańskiego lasu.

            Spojrzał w oblicze dowódcy straży, a jego serce zaczęło bić jak oszalałe.

            – Witaj, Labhrásie – odezwał się starzec, siląc na przyjacielski ton, co zupełnie mu nie wyszło. Człowiek natury kamienia przez całe życie pozostanie oschły i nic tego nie zmieni.    Labhrás nie mógł wydusić z siebie żadnego słowa. Zamiast tego po prostu skinął głową, co było dopuszczalną oznaką szacunku, choć na ogół starano unikać się tego typu odpowiedzi na powitanie. Nie miał tak bliskiej styczności z tym człowiekiem już od wielu lat, lecz żądza mordu ponownie rozgorzała w jego sercu. Pomimo tego, iż dowódca uzbrojony był w miecz i kilka noży, gladiator gotów był jak dawniej rzucić się na niego z gołymi pięściami, aby w ten sposób dokonać manifestacji sprawiedliwości, która w trakcie nader szybkiego procesu, uleciała w eter obojętna na ludzkie nieszczęście.

            Dowódca przez chwilę milczał, jakby zastanawiając się, w jaki sposób ubrać w słowa sprawę, z którą przyszedł. Nawet dla tak wyzbytego z uczuć człowieka rozmowa z osobą, której zniszczył całe życie, nie stanowiła łatwego orzecha do zgryzienia.

            – Przychodzę tu z pewną sprawą – odezwał się w końcu.

            – Nie wątpię – odparł Labhrás, celowo nie dodając grzecznościowego „panie dowódco”. W Cadalanii przywiązywano wielką wagę do tytułów związanych z pełnioną w społeczeństwie funkcją. Labhrás był jednak człowiekiem, który nie miał nic do stracenia, gdyż perspektywa wolności wcale nie motywowała go do uniżania się przed kimś, kto bez mrugnięcia okiem jest w stanie zniszczyć innym życie, aby samemu utrzymać się na wysokim stanowisku i uniknąć okrutnej kary, jaką było dziesięć lat walk w arenie.

            Zapadło pełne zakłopotania milczenie. Labhrás stał wyprostowany, złożywszy ręce wnętrzem do siebie w geście przypominającym modlitwę. Właśnie w taki sposób stawali strażnicy podczas odprawy przed kolejnym dniem służby w Cadalanii. Mogłoby się wydawać, że gladiator, pomimo zupełnie innych zamiarów, jednak poddał się i okazał należyty szacunek dowódcy straży, lecz wrażenie to znikało po spojrzeniu w jego twarz, na której rysował się grymas człowieka, który zetknął się z czymś niezwykle obrzydliwym. Patrzył na dowódcę, niczym na ogromnego, paskudnie liniejącego karaczana, jaki znalazł się na nieskazitelnie czystej powierzchni w domu bogacza będącego jednocześnie pedantem. Przez twarz dowódcy przeszedł skurcz, a na czoło wystąpiła gruba żyła. Labhrás osiągnął swój cel – zdenerwował rozmówcę, jeszcze bardziej zwiększając jego zakłopotanie i utrudniając rozmowę.

            – Jutro masz ostatnią próbę. Przygotuj się do niej należycie. Jeżeli przejdziesz ją pomyślnie, będziesz mógł wyjść na wolność i zostanie spełniona jedna twoja prośba – powiedział dowódca na jednym wydechu, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł pospiesznym krokiem.

            Labhrás spojrzał na kielich, po czym nalał do pełna i wypił całą zawartość. Kilka kropel intensywnie czerwonego trunku spadło na drogocenny dywan znacząc go plamami, których nie sposób się pozbyć. Nie zważał na to, gdyż był obojętny na wszelkie bogactwa, którymi próbowano mu wynagrodzić stracone lata życia i odebraną rodzinę. Patrząc na kosztowności innych doświadczonych gladiatorów, nie dało się przeoczyć dość dużej różnicy. Labhrás już dawno zauważył, że dostaje znacznie więcej, niż inni. Zastanawiające było, że bogacze zasiadający na widowni wynagradzają go sowiciej niż innych wojowników, przez co zdawał sobie sprawę, że wszystko, co posiada, może być próbą przekupienia. Proceder ten miał miejsce od samego początku, lecz jego apogeum rozpoczęło się jakiś rok temu, gdy wszelkie prognozy zakładały, iż Labhrás odzyska wolność. Taki stan rzeczy najwidoczniej skłonił pewne osoby do podjęcia wszelkich prób kupienia jego milczenia. Nie było jednak ceny, która mogłaby wynagrodzić tak wielką stratę i dziwiło go, że zarówno sędzia jak i dowódca straży wierzą w to, iż za odpowiednią sumę można mieć wszystko.

            Na rozmyślaniach spędził niemal całą noc. Zawarty w winie alkohol tym razem na niego nie działał, lecz doskonały smak był idealnym towarzyszem w rozważaniu kilku istotnych kwestii. Plan pojawił się nagle i gladiator uznał go za jedyne i słuszne rozwiązanie. Godność nie pozwalała na to, aby dać się kupić, a poza tym już wiele lat temu poprzysiągł sobie, że nie pozwoli, aby ludzie, którzy zniszczyli mu życie, pozostali bezkarni.

            Po raz pierwszy od wielu lat zapadł w długi i spokojny sen.

Koniec części drugiej

Redakcja: Krzysztof Biliński

Autor: Bartłomiej Fitas

Zdjęcie: pixabay.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s